Kafka nad morzem

with Brak komentarzy

Ciągle przekręcam imię autora na Takashi.

Mam taką cechę, że nie czytam modnych książek. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Jak widzę wszędzie, że teraz „wszyscy to czytają bo to takie dobre” podświadomie zapisuję sobie w pamięci „zostaw to”. Mam też bardzo mało czasu na czytanie, albo raczej, wolę rysować i jeździć na rowerze. Czytać też lubię przy czym powiedzmy, że jest to pozycja numer 4 na liście rzeczy, które robię w wolnym czasie.

Ostatnio potrzebowałam książki, która przeniosła by mnie trochę do innego świata, w inny wymiar, w inną przestrzeń. Za dużo ostatnio „połknęłam” książek psychologicznych i tych dla dzieci…
Nie wiem co mnie pchnęło do bibliotecznej półki z Murakamim. Może założyłam , że to autor japoński i zdecydowanie inaczej będzie widział świat. Ta książka wypełniła moją potrzebę. Tylko tyle i aż tyle.
Odpowiada mi wielowątkowe prowadzenie akcji przez autora. Pasuje mi koncept, że drobne rzeczy, niepozorne dzieją się po to aby mogły zadziać się później te większe, ważne.
Zabawne wprowadzenie postaci Johnny’ego Walkera i Generała Sandersa – uśmiałam się.
Trochę, troszenię interesuje mnie Japonia i to mi chyba dało zrozumieć kilka zabiegów z książki, które dla innych kultur mogą wydawać się nieciekawe, niejasne – chyba stąd opinie o zawiłości.
Bardzo spodobało mi się, że Pan Nakata nadawał kotom nazwiska. Robił to aby ludzie nie brali go za wariata gdy będzie im opowiadał , czego się od kotów dowiedział. Zamiast mówić „rudy kot mi powiedział….” zaczynał od „Pan Yoshida mi powiedział….” Wtedy inni traktowali go poważnie.
Ilustracja powstała trochę przypadkowo a trochę celowo. Prowadziłam zajęcia z młodzieżą i dałam im zadanie namalowania pejzażu z wykorzystaniem srebrnego papieru do wprowadzenia nieoczekiwanego elementu. Lubię srebrny kolor, jego sposób odbijania innych barw i taką nierealność. Tego dnia miałam ochotę sama podziałać twórczo (o niespodzianka), usiadłam z nimi i zaczęłam wycinać srebrne niebo. Wróciłam po zajęciach do domu i dorysowałam swój pejzaż i przypomniał mi się właśnie Pan Nakata. Wpasował się w ten dziwny rysunek z błyszczącym niebem. Potem poprosiłam Męża o światło. Ma taka fajną lampę co zmienia kolory. Zdjęcia z tego posta to nie jest efekt programu graficznego ani filtra – bawiliśmy się różnymi kolorami światła.
Jakoś noszę w sobie klimat powieści Haruki Murakamiego. Zdecydowanie nie oblewam go uwielbieniem jednocześnie jest dla mnie intrygujący i jeszcze coś na pewno przeczytam. To jest literatura na przygody i do rysowania.